Ostatnie wydarzenia na gospodarczo–politycznej arenie Unii Europejskiej wyraźnie wskazują na fakt, iż polskie władze mają poważnego konkurenta w dziedzinie utrudniania życia rodzimym przedsiębiorcom. A konkurentem tym jest… sama Unia Europejska! Dowodem potwierdzającym powyższą tezę jest nowelizacja dyrektywy o pracownikach delegowanych, zakładająca, że „…pracownik oddelegowany do pracy w innym kraju członkowskim ma mieć prawo do takiego samego wynagrodzenia, jak pracownik lokalny”.

Owa nowelizacja to klasyczny przykład przysłowiowego „wilka w owczej skórze”. Pod pozorem bowiem wyrównania wszystkim firmom szans w zakresie konkurencji na europejskim rynku, w ewidentny sposób dyskryminuje państwa tzw. „Nowej Unii” (państwa Europy Środkowo–Wschodniej), nie dorównujące poziomem rozwoju gospodarczego i wysokościom średnich płac krajom Europy Zachodniej („Starej Unii”). W praktyce oznacza to dla przedsiębiorców z państw Europy Środkowo–Wschodniej właśnie brak możliwości konkurowania z firmami z „Zachodu”, ze względu na konieczność ponoszenia o wiele wyższych kosztów działalności gospodarczej.

Najważniejsza zmiana i jej konsekwencje.

Dotychczasowy kształt dyrektywy o pracownikach delegowanych (Dyrektywa 96/71) zakładała, że osoba oddelegowana do pracy za granicą, miała zapewnione wynagrodzenie równe płacy minimalnej obowiązującej w państwie, do którego została wysłana. Zgodnie z nowelizacją, pracodawca będzie zmuszony do zawarcia w pensji pracownika delegowanego „wszystkich składników” wynagrodzenia, jakie przewiduje miejscowe prawo. Oznacza to nie tylko wyższe koszta, ale dodatkowo konieczność zdobycia precyzyjnych informacji na temat prawa pracy tego konkretnego kraju, do jakiego zamierza się wysłać pracownika. Niespełnienie takich warunków grozi karą finansową w wysokości nawet kilkuset tysięcy Euro! Kumulacja tych trzech elementów, czyli zwiększonych kosztów, dodatkowej pracy polegającej na uzyskaniu odpowiedniej wiedzy na temat systemu prawnego konkretnego państwa oraz zagrożenie karą, może mieć tylko dwie konsekwencje: bankructwo firm delegujących pracowników za granicę, bądź też ich wycofanie się z tamtejszych rynków, co przełoży się na znacznie niższe dochody. Szczególnie zagrożona takim rozwojem sytuacji jest Polska, jako że to właśnie nasze firmy oddelegowują największą liczbę pracowników za granicę.

Głos wołającego na puszczy?

Na problem zwrócono uwagę podczas trwającego w dniach 7 – 8 listopada 2016 roku w Krakowie IV Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy. Zdaniem jego uczestników, nowa dyrektywa zwiększy koszta działalności polskich firm świadczących usługi w Europie Zachodniej (np. w Niemczech czy Francji) aż o 30%! Dla wielu z nich oznacza to po prostu upadłość. Problem wyraźnie nakreślił Stefan Schwartz, prezes Inicjatywy mobilności pracy. Jego zdaniem, jesteśmy świadkami powstawania muru między „Starą” a „Nową” Unią, przez który polskie przedsiębiorstwa nie będą w stanie się przebić. Zresztą, dotyczy to nie tylko Polski. Z podobnym zagrożeniem będą musiały zmierzyć się także takie kraje jak Bułgaria, Czechy, Dania, Estonia, Chorwacja, Węgry, Łotwa, Litwa, Rumunia i Słowacja. Ponadto, według uczestników Kongresu, „…nowelizacja opiera się na sprzecznych z faktami stereotypach, narusza zapisy Traktatu i jest niesprawiedliwa dla pracowników i pracodawców z biedniejszych państw unijnych…”

Pozostaje mieć nadzieję, że Komisja Europejska, Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej, czyli organy opracowujące kształt omawianej nowelizacji, wezmą pod uwagę opinię specjalistów zgromadzonych na krakowskim Kongresie, tworząc prawo faktycznie zrównujące na europejskim rynku szanse przedsiębiorców ze wszystkich państw Wspólnoty.

A co, jeżeli nie?

Biorąc pod uwagę ostatnie posunięcia Unii Europejskiej, można odnieść niemiłe wrażenie, że pomimo głoszonych przez nią haseł demokracji i liberalizmu, coraz bardziej zaczyna ona przypominać „słusznie minioną” Radę Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, narzucającą swoim członkom co, ile, gdzie i po jakiej cenie mają produkować. A wiadomo powszechnie, że środowisko oparte o socjalistyczne ideały nie odpowiada prywatnej przedsiębiorczości.

Na szczęście, świat nie kończy się na Unii Europejskiej. Istnieje wiele innych jurysdykcji, oferujących zagranicznym inwestorom i pracownikom o wiele lepsze warunki pracy.

Najbardziej chyba jaskrawym przykładem jest Wielka Brytania. Dzięki niedawnemu Brexitowi, kraj ten uniezależnił się od coraz to dziwniejszych dyrektyw Unii Europejskiej. Wniosek jest zatem prosty; otwierając firmę, której założeniem jest świadczenie usług poza granicami Polski, dobrze jest zorientować się, jakiego typu usługi są tam „w cenie”, a następnie… świadczyć je tam, chociażby dzięki pracownikom delegowanym.

Inne wyjście, choć może bardziej skomplikowane, to rezygnacja z pracowników delegowanych wysyłanych za granicę, na rzecz firmy zarejestrowanej za granicą. I także w tym przypadku, to właśnie UK jest bardzo atrakcyjną jurysdykcją. Dzięki tamtejszemu prostemu i przejrzystemu i stabilnemu prawu, rejestracja działalności gospodarczej w Anglii, Szkocji lub Walii nie jest niczym skomplikowanym, a własna firma w UK, nie będzie wiązała się z koniecznością oddelegowywania tam pracowników. Co więcej, w takim przypadku ewentualne wysłanie pracownika do konkretnego kraju UE, w którym średnie zarobki są na zbliżonym poziomie (lub niższe) co w kraju macierzystym firmy (czyli Wielkiej Brytanii), nie będzie wiązało się z tak dużym obciążeniem finansowym, co w sytuacji odwrotnej (czyli takiej, w której zarobki w kraju będącym siedzibą firmy są niższe niż w tym, będącym kierunkiem delegacji).

Jeszcze inne rozwiązanie problemu stworzonego przez Unię Europejską to rejestracja firmy w państwie przyjaznym przedsiębiorcy, czyli kraju oferującym korzystne z punktu widzenia przedsiębiorcy rozwiązania podatkowe, co wiąże się z korzyściami finansowymi, a następnie świadczenie usług na terenie krajów niewchodzących w skład UE.

Ostateczny kształt nowelizacji poznamy w marcu przyszłego roku. Wtedy to dowiemy się, czy Unia Europejska woli stawiać mury, czy budować autostrady.

Autor: B.Fuchs